poniedziałek, 7 lipca 2014

Rozdział 1

Pik Pik Pik!

Wolno otworzyłam oczy i wyłączyłam budzik. Rozciągnęłam się na łóżku i podeszłam do kalendarza który wisiał na ścianie mojego niebieskiego pokoju. Data była zamazana na czarno. To oznaczało jedno, dziś są moje urodziny. Westchnęłam głośno i wyciągnęłam z szafy czarne rurki i niebieską bluzę z napisem ,,fuck you”. Nienawidzę moich urodzin. Naprawdę. Może wydaje się to dziwne ale niestety tak jest. Zawsze 4 grudnia myślę cały czas o ojcu. Co robi, gdzie jest, jak wygląda. Wolno poszłam do łazienki i wykonałam poranną toaletę. Ubrałam wcześniej przygotowane ubrania. Na twarz dałam troszkę pudru i lekko podkręciłam rzęsy czarną maskarą. Włosy spięłam w luźnego koka i zeszłam po drewnianych schodach do kuchni. Na blacie zauważyłam małą żółtą karteczkę a obok talerz pełny naleśników z czekoladą. Przeczytałam na głos treść kartki.

,,Kristin!

Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! Przepraszam, że jesteś sama ale musiałam pojechać do biura. Nie martw się gdy nie będę odbierać bo muszę wyłączyć telefon. W ramach rekompensaty Twoje ulubione naleśniki. Będę późnym wieczorem. Kocham Cię i całuję.

Mama xx”

Uśmiechnęłam się i jedząc naleśniki patrzałam na jakiś serial o miłości. Egh. Bzdety. Szybko zjadłam i włożyłam talerz do zmywarki. Poszłam do siebie do pokoju i położyłam się na łóżku. Spojrzałam na wyświetlacz mojego telefonu. Zobaczyłam jedną wiadomość.

,,Od Rebecca

Cześć kochanie!

Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! Zdrowia, szczęścia i przystojnego chłopaka! Wpadnę do Ciebie koło 13. Teraz muszę zafarbować włosy. Do zobaczenia stara dupo! :* „”



Kolejne farbowanie włosów? Ciekawe na jaki kolor. Może znów na niebieski? Odłożyłam telefon na biurku. Wzięłam do ręki gitarę. Po chwili dzięki moim palcom gitara wydała przepiękny spokojny dźwięk. Zaczęłam cicho śpiewać. Uwielbiam grać na gitarze. Dzięki temu zapominam o wszystkich problemach i o całym świecie. Jestem tylko ja i muzyka. Po jakiś czasie odłożyłam gitarę na swoje miejsce. Wyciągnęłam z biurka laptopa i załączyłam facebooka. No tak. Pełno życzeń. Ehh. Przejrzałam jeszcze parę innych portali społecznościowych i wyłączyłam laptopa. Po dużym oknie zaczęły spływać malutkie krople deszczu. Było ich coraz więcej i więcej. Zastanawiałam się nad moim snem. Dzisiaj miałam bardzo dziwny sen. Śniła mi się duża liczba 18. Wokół niej były jakieś odgłosy śmiechu i płaczu. Nic z tego nie rozumiem. To coś znaczy? A może to zwykły sen? Z rozmyśleń wyrwał mnie dźwięk pukania do drzwi. Szybko wstałam i poszłam otworzyć drzwi. Zobaczyłam tam moją przyjaciółkę. Co oznacza, że już jest 13! Przytuliłyśmy się na powitanie. O dziwo dziewczyna miała ten sam kolor co wcześniej, czyli różowy. Poszłyśmy do kuchni. Rebecca usiadła na blacie a ja zaczęłam robić nam herbatę.

-Kristin- Usłyszałam po chwili. Odwróciłam się robiąc pytający wzrok.

-Bo.....Mogłabym zostać dzisiaj u Ciebie na noc?- Powiedziała bardzo cicho i spuściła głowę. Ja wiedziałam o co chodzi. Szybko ją przytuliłam. Rebecca ma od pewnego czasu bardzo duże problemy rodzinne. Jej ojciec odkąd stracił pracę zaczął pić oraz bić dziewczynę i jej matkę. Nie raz dziewczyna miała podbite oczy, liczne zadrapania i siniaki. Raz mi nawet powiedziała, że jej ojciec próbował ją wykorzystać. To był bardzo dobry człowiek. Zawsze uczynny i miły. Traktował mnie prawie jak córkę. Zawsze jak byłyśmy u dziewczyny w domu wygłupiał się z nami i zawsze ale to zawsze robił nam gorącą czekoladę z bitą śmietaną. Co alkohol potrafi zrobić z człowiekiem. Po chwili odsunęłam się od dziewczyny i powiedziałam, że może zostać. Dla mojej mamy nigdy nie było w tym żadnego problemu. Poszłyśmy do salonu i oglądałyśmy jakąś komedię. Około godziny 18 usłyszałyśmy dźwięk telefonu dziewczyny.

-Kto znowu- Warknęła dziewczyna i leniwym krokiem podeszła do kurtki i wyjęła z niej mały biały telefon. Poczułam zimne powietrze. No tak okno jest uchylone. Pocierając o siebie dłonie podeszłam do okna by je zamknąć. Na dworze było paskudnie. Nie dość,że ciemno i zimno to jeszcze na dodatek była mgła przez którą zobaczenie czegokolwiek było wręcz niemożliwe. Wiało i padał śnieg.

-Kristin!- Usłyszałam wrzask przyjaciółki.

-Co się stało?- Powiedziałam idąc w jej kierunku.

-Dzwonili ze szpitala!- Krzyknęła ubierając buty. Stanęłam jak wryta. Że co?! Nie puszczę jej samej. Zrezygnowana szybko ubrałam się i zamknęłam dom. Na dworze było jeszcze gorzej niż się spodziewałyśmy. Śnieg sypał nam w oczy przez co nic nie wiedziałyśmy. Mgła również nie poprawiała widzialności. Jednak wtedy najważniejsza była mama Rebeccki. Po około 20 minutach wpadłyśmy do szpitala. Całe mokre i ziębione podbiegłyśmy do recepcji.

-Dobry Wieczór! W czym mogę- Zaczęła starsza pani. Jednak moja przyjaciółka jej przerwała.

-Elena Richardson! Z wypadku co z nią?!

-A tak. To jedna kobieta z wypadku. Oby dwie kobiety są właśnie operowane. Naprawdę. Paskudna pogoda. Bardzo dużo wypadków. Biedni ludzie. Najlepiej nie wychodzić z domu. Usiądźcie i poczekajcie na lekarza- Powiedziała kobieta ze współczuciem w oczach wskazując na krzesła. Usiadłyśmy. Rebecca od razu złapała się za głowę nic nie mówiąc. Byłam w szoku. Ona pewnie też. Biedne kobiety. Nie wiem ile siedziałyśmy w ciszy. Godzinę, dwie, trzy? Nie wiem. Podniosłam się i z automatu kupiłam dwie gorące czekolady.

-Kochanie- Powiedziałam cicho na co moja przyjaciółka podniosła głowę. Ujrzałam jej duże,czerwone od łez oczy. Chciało mi się płakać. Spojrzała na kubek i wymusiła uśmiech.

-Dziękuję- Powiedziała zachrypniętym głosem który był spowodowany tym, że bardzo dawno nie mówiła.

-Musisz wiedzieć, że będzie dobrze. Rebecca proszę Cię nie płacz wiem że to trudne.- Powiedziałam jąkając się.

-Łatwo Ci mówić bo to nie twoja matka tam leży! - Krzyknęła i pokazała na drzwi prowadzące na salę operacyjną. Wstała i do nich podeszła. Jednak po chwili osunęła się po nich zalewając się płaczem. Od razu do niej podbiegłam i przytuliłam.

-Przepraszam- Wydukała i rozpłakała się jeszcze bardziej. Ja tylko głaskałam ją po plecach próbując ją uspokoić. Nie wiem jak długo byłyśmy w uścisku. Spojrzałam na telefon 22.30. Spróbowałam zadzwonić do mamy. Nie odbierała. Może jeszcze jest w biurze dlatego nie odbiera? Miałam nadzieję, że to prawda. Rebecca usiadła na krześle i wydzwaniała do taty i Jacka. Niestety żaden nie odbierał. Mogłam się tego spodziewać. Na Jacku nigdy nie mogła polegać a jej tata pewnie jest w jakimś klubie. W końcu z sali operacyjnej wyszedł lekarz. Rebecca od razu zerwała się z krzesła.
-Co z mamą? Elena Richardson??- Wydukała cała trzęsąc się. 
-Posłuchaj dziecinko. Na dwóch salach były operowane dwie kobiety w wypadku. Niestety nie wiemy która to Twoja mama. Musimy przejrzeć rzeczy osobiste. Pomożesz nam w tym?- Powiedział lekarz bardzo spokojnie. 
-Tak oczywiście.- Dziewczyna poszła razem z lekarzem. Czekałam około pół godziny na dziewczynę. Gdy zobaczyłam ją na początku korytarza szybko do niej podbiegłam.
-No i co?!- krzyknęłam.
-Moja mama żyje!- Powiedziała jednak bez entuzjazmu.  
-Nie cieszysz się?- Zapytałam zdziwiona.



Witam Was kochani!!!!! :)
Po pierwsze chciałam Was baaaaaardzo przeprosić za to, że pierwszy rozdział pojawia się dopiero teraz. Jednak, że po burzy zostałam odcięta od internetu. Bardzo Was przepraszam. Mam nadzieję, że to już się nigdy nie powtórzy. Jakie wrażenia po pierwszym rozdziale?? Napiszcie mi swoją opinię baaaaardzo proszę :) Rozdział drugi powinien pojawić się za klika dni. Ah! Dziękuję za 100 wyświetleń! <3
Kocham Was.
Szablon by S1K